Austriackie wakacje

wpis w: Bez kategorii 0

Austriackie wakacje

07.07.2019

Dla pamięci -małe podsumowanie naszego tygodniowego pobytu w Austrii.

Piątek (28 czerwca)

Wieczorny wyjazd, nocleg w Czechach przy wieży widokowej Pohor.

Sobota (29 czerwca)

Większość dnia zajmuje przejazd do Salzburga (około 530 km). Jest też czas na wieczorny spacer po mieście… ładne, bogate, czyste, wypełnione turystami różnych nacji, biegaczami, rowerzystami, bardzo europejskie i nie zapadające w pamięć. 

Nocujemy 10 km na południe, na parking skansenu Freilichtmuseum Salzburg.

Niedziela (30 czerwca)

Zaczynamy od zwiedzania skansenu. Wstęp 11 Euro – bardzo warto! Jedziemy kolejką, spacerujemy po lesie, oglądamy dawne wyposażenie domów, ziołowe ogródki, traktory, dawne zdjęcia i film z Großglockner-Hochalpenstraße. Skansen żyje, można podglądać pracę kowala, rzeźbiarzy, hafciarek, przy okazji kupić pamiątki i napić się zimnego piwa. To nie jest zakurzone muzeum, a świetne miejsce do spędzenia czasu. Do tego wszyscy mili, uśmiechnięci i chętni do rozmów.

Po zwiedzaniu skansenu niespiesznie jedziemy ok. 40 km na południe – w okolice Weißbach bei Lofer, wydajemy 15 euro na bilet na 3 okoliczne atrakcje i późnym popołudniem spacerujemy wąwozem Vorderkaserklamm. Nie jest zbyt długi, ale bardzo tajemniczy, nawet mroczny, z wysokimi pionowymi ścianami i hukiem spadającej wody. Po spacerze – krótki relaks nad strumieniem i wyjeżdżamy szukać miejsca na nocleg – znajdujemy je dość wysoko w górach, z bajecznymi widokami.

Poniedziałek (1 lipca)

Na początek – spacer wąwozem Seisenbergklamm – ten z kolei jest dość przestronny i malowniczy, a do samochodu wracamy nieco okrężną trasą robiąc sobie leśny spacer. Zostaje nam jeszcze zwiedzanie jaskini Lamprechtsofen. Zwiedza się samemu, bez przewodnika. Zgubić się i tak nie można, a każdy ma tyle czasu ile potrzebuje. Można robić zdjęcia, można wejść z psem – w czasach coraz większych ograniczeń to przyjemna odmiana.

Kolejny przystanek na naszej trasie to Zell am See. Spacer dookoła jeziora nieco zakłóca nam gwałtowna ulewa z gradem, pocieszamy się ciastkami i piwem w Zell. Zostajemy na nocleg na parkingu przy kąpielisku.

 

Wtorek (2 lipca)

Po porannej kawie jedziemy w okolice Kaprun i odwiedzamy kolejny wąwóz – Sigmund-Thun-Klamm (6 euro). Po deszczach jest sporo wody, co potęguje wrażenia. Po przejściu wąwozu jeszcze spacer dookoła jeziorka.Wąwozy są niby podobne do siebie – w dole strumień, nad nim pomosty, schodki, wodospady – ale każdy jest nieco inny i absolutnie się nam jeszcze nie nudzą.

Następny punkt programu – to jaskinia lodowa Eisriesenwelt. Najpierw stromy podjazd z pięknymi widokami na zamek. Z parkingu około 20 minut podejścia do kolejki, potem kilkuminutowy wjazd wagonikiem, kolejne podejście – i już jaskinia. Tanio nie jest, 24 euro za zwiedzanie i kolejkę, ale to największa lodowa jaskinia świata, więc warto zobaczyć na własne oczy. Jest faktycznie zimno, temperatura poniżej zera a zwiedzanie trwa ponad godzinę! Na wejściu dostajemy karbidki (robią klimat, ale trzeba uważać żeby kogoś lub siebie nie przypalić). Przewodnik mówi po angielsku, przy dość dużej grupie nie zawsze wszystko słyszymy i rozumiemy. Atrakcja jedyna w swoim rodzaju, więc na pewno warta zobaczenia, ale chyba wolę wąwozy 😉 Na nocleg zostajemy na całkiem przyjemnym i pustym parkingu pod jaskinią.

Środa  (3 lipca)

Głowna atrakcja na dziś – Zamek Hohenwerfen. Wstęp 12,5 Euro, w tym mamy zarówno zwiedzanie indywidualne, jak i z przewodnikiem (nie wszędzie można wejść samemu) i pokazy sokolnictwa. Widać, że to popularna atrakcja, sporo tu osób, w tym grup dzieciaków. Na pewno warto być o takiej godzinie żeby załapać się na pokazy lotów ptaków, robią wrażenie!

Kolejny punkt programu to Halstatt – pięknie położone, urocze – więc zupełnie opanowane przez grupy turystów. Główny deptak trochę przypomina Krupówki z mnóstwem knajpek, sklepików i straganów z pamiątkami. Robimy urokliwe foty, spacerujemy, obserwujemy.

Na nocleg jedziemy nad Gosausee, na parking przy kolejce. Zakazów nie ma, oprócz nas nocuje kilka busików i kamperów.

 

Czwartek (4 lipca)

Mamy zamiar trochę się górsko pomęczyć, o 8:30 jedziemy kolejką do góry (16 euro). Póki mamy siły – zdobywamy imponująco wyglądający Große Donnerkogel (2054 m). Dajemy radę, do tego pogoda idealna, dwa fajne kesze i widoki na cztery świata strony. 

Po zejściu mamy jeszcze czas i chęci na spacer po okolicznych polanach i odpoczynek przy radlerze i sznyclu. Kalorie nadrobione.

Wieczorem krótki relaks nad jeziorem i kąpiel trwająca całe 10 sekund. Ziiimno. Na nocleg zostajemy na przyjaznym parkingu.

Piątek (5 lipca)

Dziś parogodzinny, niezbyt wymagający spacer – okrążamy Gossausee i wędrujemy do dalej położonego Hinterer Gossausee. Tam bardzo przyjemny relaks na pomoście, borówkowy sznaps i na dziś nie mamy ochoty na dalsze aktywności.

Na nocleg jedziemy już trochę na północ, w okolice Linzu.

Sobota (6 lipca)

Już trochę na pożegnanie z Austrią przejazd wzdłuż Dunaju z wizytą w Melk i Krems. W Melku imponujący klasztor, barokowo zdobiony kościół. Nie decydujemy się na zwiedzanie wnętrz, niestety do ogrodów też wejście tylko z biletami. Wizyta w kawiarni przy rynku i spacer jakoś nie nastraja nas pozytywnie. Za to w Krems same dobre wrażenia. Spore stare miasto, park, świetne kesze, dobre malinowe drinki. Spędzamy parę godzin spacerując – i czas zbierać się do domu.

Wieczorem spacerujemy jeszcze ścieżką pomiędzy czeskimi bunkrami, ostatni biwakowy nocleg – i koniec wakacji.